środa, 2 grudnia 2015

"Odpuszczenie Marsa byłoby katastrofą"

Opublikowany wczoraj przez IFL krótki wywiad z dyrektorem NASA, Charlesem Boldenem, to bardzo budujący materiał. Nie zamierzam tutaj powielać jego treści - wszyscy ciekawi mogą podążyć za linkiem. Chciałbym jednak skupić się na chwilę na myśli moim zdaniem zasadniczej, której rdzeń posłużył mi za tytuł tej notki:
Do I think we’re at the point of no return? Not quite (...) To stop now and turn around, and go back and say okay, let’s think about another place we want to go, let’s think about focusing on lunar exploration and just take a hiatus there, I think it would be disastrous, personally.
 Mieliśmy w naszej historii już jeden taki moment. Zwycięstwo NASA w wyścigu kosmicznym, paradoksalnie, stało się gwoździem do trumny ambitnych programów kosmicznych. Księżyc został osiągnięty, Rosjanie upokorzeni... A po kilku misjach pojawiły się pytania. Typowe, mordercze dla nauki pytania: "po co?", "dlaczego łożyć na to pieniądze?", "co z tego mamy?". W rezultacie prezydent Nixon zadecydował o przekierowaniu NASA z powrotem na niską orbitę.

W zamyśle ludzkość miała dostać tani i efektywny sposób na osiągnięcie kosmosu (Space Shuttle), a na pokładach stacji kosmicznych miały powstać supernowoczesne laboratoria. I w sumie ISS jest jedyną trwałą pozostałością tego zwrotu. Z tym jednak szczegółem, że jej istnienie byłoby niemożliwe, gdyby nie... Rosjanie.

Owszem, NASA ma na swoim koncie poważne osiągnięcia. Programy Pioneer i Voyager, łaziki marsjańskie, teleskop Hubble'a... Można jednak zadać pytanie - czy do ich realizacji konieczny był tak gwałtowny wzrost? Carl Sagan zwrócił w Błękitnej kropce uwagę, że NASA była w latach 70. w stanie organizować przynajmniej dwa starty rakiety Saturn V rocznie. Jedna taka rakieta wynosiła na orbitę do 140 ton ładunku. Dla porównania, Space Shuttle był w stanie udźwignąć 27,5 tony, a obecnie najpotężniejsza rakieta Delta IV Heavy - niespełna 29 ton. Czy można to nazwać inaczej, jak regresem?

Ciężko mi oprzeć się wrażeniu, że nadciągające przełomy - Oriona, Space Launch System, Dragona i całą infrastrukturę SpaceX - ludzkość była w stanie osiągnąć już kilka dekad temu. Przecież nawet sama SLS - oczko w głowie NASA - jest "jedynie" wynajdywaniem koła na nowo, po tym jak prezydent Obama zamknął projekt Constellation i związaną z nim rakietę Ares. Jakąkolwiek dalszą perspektywę cały czas przesłaniają te same przeklęte pytania: "skąd pieniądze?", "po co?"...

Czy przy takich doświadczeniach dziwi przebrzmiewająca z wypowiedzi Boldena obawa, że wszelkie poczynione postępy mogą zostać zaprzepaszczone?

Nasza Ziemia nie jest studnią bez dna. Pewnego dnia może się okazać dla nas za mała, a jej zasoby zbyt ubogie, by wyżywić narośl cywilizacji. Nikt nie wie, kiedy ta chwila nadejdzie. Mam jednak nadzieję, że kiedy nastanie, ludzkość nie będzie po raz kolejny od nowa wynajdywać kosmiczne koło...

poniedziałek, 23 listopada 2015

Kolejny krok Elona Muska

Każdy interesujący się branżą kosmiczną z pewnością kojarzy nazwę SpaceX. Spośród wielu firm, które powstały w celu swoistej prywatyzacji sektora kosmicznego, dziecko Elona Muska osiągnęło największe sukcesy. I wszystko wskazuje na to, że droga ku prawdziwemu przełomowi jest coraz krótsza.

Test systemu ewakuacji kapsuły Dragon 2
(źródło: NASA)
NASA potwierdziła wczoraj, że podpisze ze SpaceX kontrakt na dostarczenie w 2017 pierwszej załogi na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Tym samym NASA uniezależni się od usług Roskosmosu, a ludzkość po raz pierwszy od wycofania z użycia Space Shuttle nie będzie skazana w załogowych lotach kosmicznych na jeden jedyny rodzaj statku kosmicznego.

Można spytać, na ile prywaciarz (wybaczcie pejoratywne sformułowanie) jakim jest Musk jest w stanie przemodelować do tego stopnia kwestię lotów załogowych? Cóż, patrząc na dotychczasowe osiągnięcia - szanse są spore. Zbudowana przez SpaceX rakieta nośna Falcon 9 może się pochwalić 18 udanymi startami na 19 podjętych - co daje mu podobną niezawodność, co słynnemu rosyjskiego Protonowi. Oczywiście, Proton ma za sobą prawie pół wieku służby - ale pamiętać należy, że Falcon 9 jest projektem nowym, który zgodnie z logiką powinien cierpieć na choroby wieku dziecięcego. Dla porównania, wspomniany Proton uległ podczas swoich 19 pierwszych startów aż 10 katastrofom.

Dragon V2 (źródło: SpaceX)
Sam statek załogowy - Dragon V2 - jest na pośrednim etapie rozwoju. Prototyp przeszedł pierwsze testy - ale nie dokonał jeszcze żadnego lotu bezzałogowego. W maju przyszłego roku pierwszy start ma odbyć rakieta Falcon Heavy, przewidziana do wynoszenia "Smoka" na orbitę. Jak widać, czasu jest niewiele. Dotychczasowe testy przechodzą jednak gładko - i wierzę, że Elon Musk dopnie swego, podobnie jak dokonał tego z misjami zaopatrzeniowymi na ISS.

Co to będzie oznaczać dla pozostałych programów kosmicznych? Dla NASA - możliwość przeznaczenia zaoszczędzonych środków na inne projekty. Orion nie będzie musiał zajmować się 'trywialnymi' zadaniami - zainwestowane weń fundusze będzie można przeznaczyć na misje księżycowe, może nawet marsjańskie. SpaceX z kolei na pewno dobrze spożytkuje otrzymane od NASA pieniądze. Musk nie kryje, że jego celem jest wylądowanie na Marsie. A Dragon V2 na pewno jest ku temu bardzo dużym krokiem.

A inni? Uniezależnienie się NASA od Roskosmosu może oznaczać jedno z dwóch - albo implozję już przeżywającego problemy rosyjskiego programu kosmicznego, albo dać mu impuls do skupienia się na własnych projektach - opisywanym już wcześniej Łuna-Głob czy na budowie następcy dla sędziwego Sojuza. Bardzo chciałbym, żeby ziścił się ten drugi scenariusz - nie tyle z sympatii dla Rosjan, co ze względu na to, że rywalizacja taka mogłaby podziałać mobilizująco na obydwie strony.

I jeszcze jedno pytanie - czy Chiny, cały czas pretendujące do stanięcia w jednym szeregu z pionierami eksploracji kosmosu, podejmą wyzwanie? Do tej pory ich ambitny program kosmiczny mógł pozostawać na wpół w sferze deklaracji. Ale czy rozwiązanie rąk NASA nie będzie oznaczać, że i tym razem Amerykanie będą mogli prześcignąć wszystkich w drodze na Księżyc i Marsa? Czy ambicja chińskiego smoka pozwoli bezczynnie śledzić rozwój kosmicznych wypadków?

Czas pokaże. A na chwilę obecną trzymam kciuki, by Musk po raz kolejny udowodnił, że jest wcieloną wersją komiksowego Tony'ego Starka.

poniedziałek, 16 listopada 2015

W drodze na (wirtualny) Księżyc

Gry komputerowe rzadko kojarzą się z nauką czy poważną wiedzą - ale myliłby się ten, kto uważałby je za całkowicie bezwartościowe w kwestii pozyskiwania wiedzy. Nauka przez zabawę to rzecz stara jak świat - a rozwój elektroniki poszerzył definicję zabawy do przytłaczających rozmiarów - czego dowodem jest Buzz Aldrin's Space Program Manager, której poświęciłem praktycznie cały ostatni weekend.

Dostępna poprzez platformę Steam gra pozwala ci wcielić się w rolę administratora jednej z trzech agencji kosmicznych - amerykańskiej, radzieckiej i fikcyjnej ogólnoświatowej - w pierwszych latach kosmicznego wyścigu. Do twoich obowiązków należy rozbudowa kosmodromu, wyznaczanie priorytetów badawczych, zatrudnianie i szkolenie personelu oraz, jakżeby inaczej, organizowanie misji.

W kosmos można wysłać imponującą paletę pojazdów i sond - od Sputnika, przez statki Gemini i Wostok, aż po lądownik Apollo i jego radzieckiego odpowiednika - Sojuza LOK. Każda udana misja oznacza zwiększenie budżetu, co pozwala z kolei na organizowanie liczniejszych i bardziej skomplikowanych misji... I tak aż do udanego lądowania na Księżycu. Oczywiście, Srebrny Glob nie jest jedynym celem - udane wysłanie sondy na Marsa czy Wenus również jest wielkim osiągnięciem, przybliżającym twój kraj do zwycięstwa w wyścigu.

Cape Canaveral na początku kampanii
Patronat Buzza Aldrina - załoganta misji Apollo 11 i partnera Neila Armstronga podczas jego historycznego spaceru po powierzchni Księżyca - zobowiązuje. I widać, że twórcy do tego zadania się przyłożyli. Praktycznie każda misja składa się z kilku komponentów (np. w wypadku misji Sojuz jest to rakieta nośna, statek, skafander kosmiczny oraz moduł dokujący), do opracowania których potrzebne są odrębne zespoły badawcze. Każdy komponent ma swoją niezawodność, zależną od poświęconego na jego opracowanie czasu i umiejętności naukowców. Niebagatelną rolę odgrywa również obsługa naziemna, od wyszkolenia której zależy praktycznie każdy etap lotu.

Na szczęście mechanika gry jest stosunkowo dobrze wyjaśniona poprzez dostępną w grze pomoc, a zawarty w tak zwanej Buzzpedii wyczerpujący opis poszczególnych misji i ich komponentów ułatwia zaplanowanie i realizację poszczególnych etapów programu. Rozgrywka odbywa się w systemie turowym - nie ma więc pośpiechu w podejmowaniu decyzji. A jako że w końcowym etapie rozgrywki pod twoimi skrzydłami może się znajdować nawet i tuzin programów obsługiwanych przez niemal setkę personelu, możliwość spokojnego przejrzenia wszystkich danych jest tym bardziej ważna.

Ku Księzycowi!
Wielkim plusem jest pieczołowitość i wierność, z jaką odwzorowano poszczególne misje. Przykładowo, przy projekcie Wostok należy (po opracowaniu rakiety nośnej oraz statku) dokonać szeregu bezzałogowych misji testowych; ich pominięcie nie uniemożliwia wysłania od razu misji załogowej - ale tak przyspieszony lot będzie znacznie bardziej ryzykowny. Podobnie zaniedbanie dopracowania jednego komponentu (np. skafandrów kosmicznych) może spowodować w krytycznym momencie katastrofalną awarię, kosztującą życie załogę. Pamiętaj - wyścig na Księżyc jest zbyt prestiżową sprawą, by pozostawiać na stanowisku niekompetentnego administratora...

W tej beczce miodu jest jednak całkiem spora łyżka dziegciu. O ile od strony realizmu i szczegółowości ciężko cokolwiek grze zarzucić, to o tyle od strony samego interfejsu parę zarzutów się znajdzie. Dotarcie do potrzebnych ekranów wymaga często przeklikania się przez kilka dodatkowych okienek. Również ekran personelu pozostawia sporo do życzenia - przerzucanie badaczy z jednego projektu do drugiego lub odsyłanie ich na szkolenie jest czasochłonne. Na pierwszych etapach gry nie przeszkadza to zbytnio - ale gdy mamy do czynienia z kilkudziesięcioma osobami pracującymi przy różnych projektach, połapanie się może zajmować zdecydowanie za dużo czasu. 

Pewne wątpliwości budzi też system nadzorowania misji. Nie masz jako administrator kontroli nad poszczególnymi etapami lotu - prowadzą je kontrolerzy naziemni do spółki z załogą. Jak już wspomniano, każdy komponent ma swoją niezawodność - co znaczy że prędzej czy później dojdzie do awarii. W momencie jej wystąpienia musisz podjąć decyzję - czy zdać się na aktualny zespół, czy (za dodatkową opłatą) zaangażować awaryjny zespół ekspertów. Gra następnie oblicza szanse na rozwiązanie problemu - i podaje ci rezultat. W rezultacie dochodzi jednak do sporych uproszczeń; przykładowo, awaria w stylu Apollo 13 jest w Buzz Aldrin's Space Program Manager wyrokiem śmierci dla załogi - nie ma opcji porzucenia misji i awaryjnego powrotu na Ziemię. Awaria, nieudana próba jej zażegnania - i do widzenia, misja nieudana. Dochodzi też do sytuacji z pogranicza czarnego humoru - praktycznie całkowicie udana misja kończy się śmiercią załogi na etapie... Odzyskania kapsuły powrotnej. Nieprzeszkadzającym w grze, ale jednak niedopatrzeniem, jest system generowania personelu - na skutek którego radziecki program kosmiczny zasilić może całkiem spore grono czarnoskórych osób o wybitnie anglosaskich imionach...

Jeden mały krok dla człowieka...
Jak ocenić więc Buzz Aldrin's Space Program Manager? Z pewnością jest to gra ambitna. Duża ilość informacji do przyswojenia i ogarnięcia stanowi wyzwanie dla gracza - ale zostawia go z całkiem solidną wiedzą odnośnie wyścigu kosmicznego, w czym spora zasługa wspomnianej Buzzpedii oraz współudziału prawdziwego kosmonauty w tworzeniu gry. Wspomniane wady zakłócają nieco ten obraz - nie zmieniają jednak faktu, że każdy entuzjasta eksploracji kosmosu powinien rozważyć przynajmniej rzut oka na tą bardzo ciekawą i wciągającą pozycję.

środa, 11 listopada 2015

Ile asteroid krąży w pobliżu Ziemi?

Dzisiaj krótko, ale dalej mam nadzieję że ciekawie.

W bogatym kalendarzu świąt dziwnych i przedziwnych mamy obchodzony w tym roku po raz pierwszy Dzień Asteroid, mający na celu szerzenie na świecie wiedzy o naszym najbliższym kosmicznym sąsiedztwie.

W ramach obchodów youtuber i astronom Scott Manley przygotował krótki film, pokazujący jak wyglądałoby niebo, gdybyśmy mogli widzieć wszystkie orbitujące w pobliżu Ziemi asteroidy. Widok tyleż ciekawy, co mrożący krew w żyłach (pamiętajmy, że wybuch nad Czelabińskiem był spowodowany przez kosmiczny żwir)...

poniedziałek, 9 listopada 2015

Lecąc przez fontanny Enceladusa

Enceladus na tle Saturna (źródło: NASA)
Kilka dni temu (a ściślej - 28 października) sonda Cassini przemknęła zaledwie 50 kilometrów od południowego bieguna Enceladusa - szóstego co do wielkości spośród księżyców Saturna. Na pierwszy rzut oka - lodowa kula, jakich wokół gazowych olbrzymów znajdziemy sporo. Na drugi - nasza największa szansa na odnalezienie życia pozaziemskiego.

Od dłuższego czasu wiadome było, że pod grubą lodową skorupą Europy znajduje się ocean ciekłej wody. Problem tkwi w tym, że zbiornik ów znajduje się głęboko, przynajmniej kilkanaście kilometrów pod powierzchnią. Bezpieczne (przede wszystkim dla tamtejszego środowiska) przewiercenie się przez taką warstwę stanowi nie lada wyzwanie - przynajmniej w najbliższej przyszłości.

Na szczęście Europa od pewnego czasu nie jest jedynym znanym nam ciałem posiadającym takie cudo natury. W tym roku zdobyto mocne przesłanki na to, że ocean kryje się pod powierzchnią Ganimedesa, największego księżyca Jowisza (pomińmy na tę chwilę milczeniem kwestię tego, że dowiercić się do niego trzeba by było nie tylko przez lód, ale też i przez skały). O istnieniu oceanu pod powierzchnią Enceladusa również wiadomo nie od dzisiaj - dopiero niedawno jednak zdobyto dowody na to, że jest on dla nas znacznie łatwiej dostępny niż te wcześniej opisany.

Wkrótce po wejściu na orbitę Saturna Cassini zaobserwowała gejzery wyrzucające z Enceladusa całe chmary wody - szacowane na 250 kilogramów na sekundę - na wysokość ponad 2000 kilometrów. Co to oznacza? Ano, dwie rzeczy:
  • woda z głębin Enceladusa ma swobodny dostęp na powierzchnię
  • jakieś źródło energii podgrzewa wodę na tyle, by gejzery mogły zaistnieć
Źródłem tej energii najprawdopodobniej są pływy Saturna i pozostałych księżyców. Wiadomo, że oddziaływanie takie jest w stanie wzbudzić wulkany na Io - nie dziwiłoby więc, że wystarcza ono do utrzymania wody w stanie ciekłym. Kwestią otwartą pozostają właściwości owego oceanu. Jeśli okaże się, że znajdują się w nim substancje organiczne, potencjalne produkty przemiany materii i/lub podobne związki - będzie to mocna przesłanka ku temu, że mroczne głębiny tętnią obcym życiem. Na Ziemi istnieją całe niezależne od światła słonecznego ekosystemy, zasilane energią przydennych kominów geotermalnych - nie znamy powodu, dla którego analogiczne zjawisko nie mogłoby zasilać hipotetycznego ekosystemu Enceladusa.

Oczywiście, Cassini (z braku odpowiedniej aparatury) nie jest w stanie stwierdzić, czy w przechwyconych drobinach znajduje się życie - co wyraźnie podkreśla na stronie misji NASA. Nawet odkrycie wspomnianych substancji organicznych nie będzie stuprocentowych dowodem na jego istnienie. Znalezienie ich da jednak impuls do organizacji kolejnych misji, odpowiednio już pod tym kątem zaprojektowanych i wyposażonych.

"Fontanny Enceladusa" (źródło: NASA)
Ich możliwą skalę pozwala sobie wyobrazić jedno porównanie. Nadciągający test nowej rakiety NASA - potężnego, przeznaczonego dla załogowego Oriona Space Launch System - da nam możliwość wynoszenia na orbitę statków o masie do 130 ton. Dla porównania - sonda Cassini (wraz z potrzebnym na dotarcie do Saturna paliwem) ważyła nieco ponad 5,5 tony. Ciężko sobie wyobrazić, ile danych mogłoby zgromadzić i ile badań mogłoby wykonać urządzenie o masie prawie trzydziestokrotnie większej...

niedziela, 8 listopada 2015

Światotworzenie

Starożytny Mars (autor: Ittiz)
Czwartkowe ogłoszenie przez NASA wyników pomiarów dokonanych przez sondę MAVEN przybliża nas kolejny krok do zrozumienia Marsa jako świata. Wiemy już, jaki dokładnie mechanizm pozbawił Czerwoną Planetę jej atmosfery. To nasze jedyne, najwspanialsze Słońce (a ściślej generowany przezeń wiatr słoneczny) zdmuchuje z Marsa 100 gramów materii na sekundę. Biorąc pod uwagę, że proces ten trwa od miliardów lat, ciężko się dziwić, że nasz sąsiad w niczym nie przypomina rajskiej planety, jaką na tle znanego nam kosmosu jest Ziemia. Ale czy taki będzie już na zawsze?

Terraformowanie to słowo pochodzące z połączenia łacińskich terra - Ziemia oraz forma - kształt. Ukuty w latach 60. XX wieku przez Carla Sagana, termin ten ma oznaczać zbiór działań, podejmowanych przez ludzkość w celu przekształcenia innych planet w środowisko zbliżone do ziemskiego. Oczywiście, pomysły tego typu pojawiały się już wcześniej - żeby wspomnieć tylko Wojnę światów Herberta George'a Wellsa, w której atakujący Marsjanie podejmują próbę przekształcenia Ziemi na wzór swojej ojczyzny. Sagan jednak jako pierwszy podszedł do sprawy naukowo.

Przyjrzyjmy się faktom; ciśnienie na Marsie stanowi 1% ziemskiego. Atmosfera składa się przede wszystkim z dwutlenku węgla. Grawitacja wynosi jedną trzecią ziemskiej, a temperatura waha się od znośnych 20 stopni Celsjusza w południe na równiku do -153 stopni na biegunach, przy czym średnia dla całej planety wynosi zdecydowanie poniżej zera.

Z drugiej strony, Mars ma podobny do ziemskiego cykl dobowy oraz podobne zjawiska pogodowe (chmury, wiatr) i klimatyczne (czapy polarne, pory roku) co Ziemia. Jest przez to dla nas zdecydowanie bardziej "swojski" od piekła Wenus czy lodowych pustyń Europy. Nie jest to może stan idealny, ale lepszego w naszym układzie nie znajdziemy.

Cztery etapy terraformowania Marsa (autor: Ittiz)
Żeby odtworzyć na Marsie warunki ziemskie potrzeba (z grubsza) trzech rzeczy:
  • wody
  • temperatury i ciśnienia pozwalających ową wodę utrzymać w stanie ciekłym
  • zawierającej tlen atmosfery
Na chwilę obecną najłatwiejszym do spełnienia (co nie znaczy łatwym) wydaje się warunek drugi. Czapy polarne Marsa składają się z dwutlenku węgla i wody. Teoretycznie wystarczy je podgrzać (na przykład przy pomocy orbitalnych zwierciadeł lub pokrycia ich ciemną, pochłaniającą ciepło warstwą), by uwalniany do atmosfery gaz wzmocnił efekt cieplarniany, co z kolei spowoduje wzrost temperatury, co z kolei znowu przyspieszy topnienie lodu. Wystarczy "jedynie" osiągnąć na biegunach temperaturę -78 stopni, przy której dwutlenek węgla od razu przechodzi w stan gazowy. Kwestią otwartą jest doprowadzenie do tego stanu. Wedle obecnych szacunków, stopienie czap polarnych pozwoli osiągnąć około 30% ziemskiego ciśnienia - resztę atmosfery trzeba będzie więc skądś... przywieźć.

Najpowszechniejszą propozycją jest importowanie z innych planet dodatkowych gazów cieplarnianych - metanu, amoniaku czy freonów. Oczywiście, mówimy tutaj o transportach rzędu tysięcy, jeśli nie milionów ton - co jest praktycznie niemożliwe w wypadku zabierania tych gazów z Ziemi. Na szczęście, jak zauważyli astronomowie, w układzie słonecznym mamy ciała pełne potrzebnych nam gazów - posiadającego węglowodorową atmosferę Tytana, złożone głównie z lodu księżyce gazowych olbrzymów (kwestia tylko, jak ewentualny megazbiornikowiec tam dostarczyć) czy... asteroidy i komety. W wypadku tych drugich sprawa jest prostsza - nie trzeba z nich nic wydobywać, wystarczy zrzucić je na Marsa z całym dobrodziejstwem inwentarza. Wykorzystany do tego celu holownik można podczepić pod kolejne ciało, powtarzać do skutku. Pozostaje tylko wymyślić, w jaki sposób takim bombardowaniem nie zdewastować Marsa doszczętnie.

Mars po terraformacji, z widocznymi wulkanami Tharsis
 (autor: Ittiz)
OK, czyli mamy już atmosferę o odpowiednim ciśnieniu, zakładam również że o konieczną ilość wody zadbaliśmy przy okazji importowania gazów. Pamiętajmy jednak o obserwacjach MAVEN - wiatr słoneczny zdmuchuje z Marsa 100 gramów materii na sekundę (a po stworzeniu grubej atmosfery odpowiednio więcej). Musimy więc albo dostarczać dodatkowe gazy, albo stworzyć system ochronny dla planety. Na Ziemi systemem takim jest pole magnetyczne, generowane przez rozgrzane wnętrze planety. Mars jest geologicznie martwy - pole takie trzeba byłoby więc generować sztucznie. Najlepszym sposobem wydaje się podgrzanie od nowa żelaznego jądra, co zamieni go w gigantyczny elektromagnes. Pytanie tylko, jak doprowadzić je do odpowiedniej temperatury (rzędu 5000 - 6000 stopni Celsjusza).

Ostatnim etapem byłoby dostosowanie już istniejącej atmosfery do życia. Tutaj do akcji wchodziłyby biologia i genetyka. Odpowiednio zmodyfikowane organizmy - najpierw jednokomórkowce, potem porosty, rośliny i tak dalej - produktami swojego metabolizmu zmieniałyby atmosferę Marsa dokładnie tak samo, jak niegdyś przyczyniły się do tego na Ziemi. Oczywiście, nie trzeba tutaj czekać na zakończenie procesu kształtowania atmosfery - organizmy takie mogłyby być wprowadzone już od pierwszych dekad procesu i współtworzyć go przez cały czas.

Pytanie brzmi tylko - czy przedstawiona tutaj wizja jest w ogóle realna? Nie ulega wątpliwości, że terraformowanie Marsa to proces na długie dekady, możliwe że nawet stulecia. Proces, którego wymagania przekraczają znacząco możliwości finansowe i surowcowe dowolnego kraju naszej planety. Nie wspominając już nawet o związanych z tym niepewnościach. Wątpliwości budzą też kwestie natury etycznej - terraformowanie niemal na pewno oznaczać będzie zagładę ewentualnego rodzimego życia na Marsie. Skala projektu wydaje się wręcz niewyobrażalna.

Z drugiej strony, niewyobrażalne było kiedyś znalezienie się w kilka godzin na drugim końcu globu, przekopanie tunelu pod dnem morza czy wysłanie ludzi na Księżyc. Podobnie jak my jesteśmy świadkami tych "cudów", tak wierzę że nasze wnuki i prawnuki mogą stać się świadkami pierwszych kroków ludzkości na tym nowym - dosłownie obcym - polu.

sobota, 7 listopada 2015

Fanowski trailer Kerbal Space Program 1.0.5

Czołem!

Przepraszam za brak porządnej notki dzisiaj - jutro koło południa wrzucę coś, co powinno zrekompensować dzisiejszą obsuwę. 

W ramach przeprosin - przepiękny trailer nadchodzącej aktualizacji Kerbal Space Program autorstwa StreetlampPro.

środa, 4 listopada 2015

Can Russia into Moon?

Rosyjski (a wcześniej radziecki) program kosmiczny zawsze budził zachwyt swoim rozmachem i zdziwienie chimerycznością. Pierwsi w kosmosie - przegrali wyścig o Księżyc. Ich Mir ustanowił szereg pionierskich osiągnięć w dziedzinie lotów pozaziemskich - lecz w powszechnej świadomości zachował się przede wszystkim jako siedlisko wszelkich możliwych usterek i awarii. Obecnie jest to jedyny program posiadający możliwość wysyłania ludzi w kosmos - ale wszystkie pozostałe misje zredukowano do stanu wegetatywnego.

Tydzień temu w naszych mediach pojawiła się wiadomość o planowanej na (najdalej!) 2029 misji załogowej na Księżyc. Śledzący poczynania Roskosmosu nie powinni być tym zdziwieni - o misji Луна-Глоб (Łuna-Głob) mówi się w Rosji już od pewnego czasu. W założeniu ma to być przygotowanie gruntu pod przyszłą misję załogową poprzez wysłanie szeregu autonomicznych lądowników, łazików oraz wreszcie misję mającą przesłać na Ziemię próbki księżycowych skał. Na ile są to jednak realne plany?

źródło: Sputnik Italia
Teoretycznie nie ma w nich nic nowego. Więcej - każdą z tych misji (poza załogowymi, rzecz jasna) Rosjanie mają już za sobą. Łuna 9 dokonała w 1966 pierwszego w dziejach miękkiego lądowania na Księżycu. W 1970 Łunochod 1 dał początek linii pojazdów, której tymczasowym zwieńczeniem jest marsjański Curiosity. W tym samym roku Łuna 16 jako pierwsza automatycznie pobrała i odesłała na Ziemię materiał z powierzchni Księżyca. Technologia więc istnieje. Entuzjazm najpewniej również. Pytanie tylko - na ile jest to przerost ambicji nad możliwościami?

Jak donosi Lenta.ru, Roskosmos ze względu na pogarszającą się sytuację ekonomiczną Federacji musi liczyć się z cięciami budżetu. Przeznaczona na program księżycowy kwota 20,8 miliarda rubli (1,3 miliarda złotych) jest o połowę niższa od wcześniej planowanej. Kluczowe dla sukcesu rosyjskiej misji ma być również współdziałanie z ESA - a z tym, jak można się domyśleć w obecnym klimacie politycznym, jest różnie.

Prototyp lądownika Łuna-Głob (źródło: NPO Ławoczkin)
Pod znakiem zapytania znajduje się praktycznie każdy element misji. Start pierwszego lądownika został niedawno przesunięty o rok (z 2018 na 2019), przy czym pamiętać należy, że dla Rosjan wyższy priorytet ma (również planowana wspólnie z ESA) misja na Marsa - której z kolei grozi przesunięcie z 2018 na... 2020. Również komponent załogowy - PTK - musi się liczyć z bardzo ciasnym harmonogramem. Planowany na 2024 rok debiutancki lot wydaje się odległą perspektywą... Problem tkwi w konieczności zbudowania praktycznie od zera statku i rakiety nośnej. O komplikacjach związanych z budową położonego na Dalekim Wschodzie kosmodromu Wostocznyj już nawet nie warto wspominać.

Jak widać, plany są ambitne - podobnie piętrzące się trudności. Nie ukrywam, że w podboju kosmosu kibicuję wszystkim uczestnikom. Ciekawym i miłym widokiem byłyby nowe flagi zatknięte na Srebrnym Globie, podobnie jak budującym obrazem jest kalejdoskop narodów przewijający się przez pokład Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. W wypadku rosyjskich planów zachowałbym jednak daleko posuniętą ostrożność. Trzymam kciuki - ale jednak u bukmacherów pieniądze dalej stawiałbym na Amerykanów...

Linki:



poniedziałek, 2 listopada 2015

Słów kilka o Marsjaninie

źródło: IMDB
O Marsjaninie powiedziano wiele - i dlatego też nie zamierzam poświęcać tej (pierwszej po tak długiej przerwie) notki na komentowanie gry aktorskiej Matta Damona oraz reszty obsady (dobrej), piękna marsjańskich krajobrazów (niewątpliwego) czy analizowanie fabuły. Chciałbym jednak poświęcić chwilkę na odpowiedzenie na pytanie ile Marsjanin ma wspólnego z rzeczywistością.

Zacznijmy może od tego, co z rzeczoną rzeczywistością się najbardziej wymija - koła zamachowego całej fabuły, burzy piaskowej wymuszającej ewakuację ekspedycji. Wygląda pięknie, efektownie i przerażająco - i właśnie w tym tkwi problem. Dlaczego?

Ciśnienie na Ziemi wynosi około 100 kilopaskali. Marsa - niespełna 1. Dla lepszej analogii - wiatr na Ziemi ma się do wiatru na Marsie jak uderzenie stukilogramowym głazem do uderzenia kilogramowym kamieniem. Wichura marsjańska, rzecz jasna, będzie podrywać w powietrze kamienie i pył (w czym pomaga słaba grawitacja Czerwonej Planety) - ale niewielka jest szansa, że byłaby w stanie wywrócić potężny lądownik (którego silniki i paliwo - największa część masy - położone są nisko). Cóż jednak począć - konieczność zawiązania akcji, licentia poetica, Rule of Cool - bez tego nie mielibyśmy reszty historii.

źródło: IMDB
Na szczęście dalej jest już tylko lepiej. Cały naukowy komponent Marsjanina - budowa i funkcjonowanie habitatu, łazika, uprawa ziemniaków, wygląd międzyplanetarnego "Hermesa" - wszystko nie tylko wygląda prawdopodobnie, ale i zgodne jest z naszym obecnym stanem wiedzy oraz koncepcjami lotu na Marsa. W filmie pokazane są faktycznie używane przez NASA rakiety, a kwestie takie jak asysty grawitacyjne czy okna transferowe nie tylko istnieją, ale mają dla fabuły kluczowe znaczenie. Ciężko wdawać się tutaj w szczegóły bez psucia przyjemności z oglądania filmu - ale job well done, jakby to powiedzieli Anglosasi.

Potężnym plusem Marsanina jest sposób, w jaki ta nauka jest pokazywana widzowi. Medium stanowi tutaj prowadzony przez głównego bohatera wideolog, w którym opisuje, w jaki sposób organizuje uprawy jedzenia, jakie ramy czasowe ma misja i ile musi czekać na ratunek. Przy czym nie ma tutaj brutalnej łopatologii - wszystko wyjaśnione jest zrozumiale, prosto a przy tym szczegółowo. Również "ziemska" część fabuły - szukanie sposobu na uratowanie głównego bohatera i związane z tym wydarzenia - unikają siermiężnych, naszpikowanych technobełkotem opisów i dialogów, pozwalając widzowi skupić się zarówno na akcji, jak i na części naukowej.

Czy Marsjanin zasługuje na miano hard SF? Niewątpliwe, na równi z Interstellarem i Odyseją kosmiczną. Od tych dwóch tytułów odbiega jednak na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, nie próbuje stawiać filozoficznych pytań o sens lotów w kosmos czy nasze miejsce we Wszechświecie, skupiając się na dziejącej się tu i teraz (albo raczej tam i wtedy) historii. Po drugie, właśnie przez to odejście od romantyczno-filozoficznych rozważań, Marsjanin jest filmem bardzo realistycznym. Nie ma tutaj hipotetycznych (chociaż nie potwierdzonych) dziur robaczych, nie ma na wpoły magaicznego Monolitu - jest skafander, ziemniaki i szara taśma. Jak to określił brytyjski fizyk Brian Cox - "Marsjanin to najlepsza reklama studiów inżynierskich, jaką kiedykolwiek widziałem".

źródło: IMDB

Mam wielką nadzieję, że rozpoczęty rok temu Interstellarem i kontynuowany obecnie ciąg będzie trwał - i że tematyka kosmiczna utrzyma się w powszechnej świadomości. Kosmos jest zbyt piękny - i zbyt dla ludzkości ważny - by ponownie odstawiać go na długie dekady na półkę.


niedziela, 1 listopada 2015

Back online

Czołem wszystkim!

Chciałbym przeprosić wszystkich czytelników (a tych jednak coś jest, biorąc pod uwagę statystyki ze strony) za nagłe i niezapowiedziane zawieszenie bloga. Do powrotu szykowałem się już kilka razy - w końcu poczucie że jednak ktoś te moje wypociny czytał zmusiło mnie do powrotu. Zrobię wszystko, żeby na stałe! :)

Harmonogram aktualizacji powinien pozostać bez zmian (pn, śr, sob). Jutro o 15 zaczynamy od nowa. Zapraszam!


środa, 22 lipca 2015

Nieba innych światów

Parafrazując pierwszą polską encyklopedię - niebo jakie jest, każdy w nocy widzi. Ale czy na pewno? Dzięki wirtualnemu planetarium Space Engine możliwe jest symulowanie całych układów słonecznych - tak naszego, jak i całego mrowia proceduralnie generowanych. Zapraszam na małą wycieczkę po niebach obcych światów!

Kliknięcie na obrazek wyświetla jego pełnowymiarową wersję. Widok na dzień wczorajszy - 21 VII 2015.


Na pierwszy ogień - Merkury. Aktualnie Ziemia i Wenus znajdują się po przeciwnej stronie Słońca - przez co za dnia nikną w blasku naszej gwiazdy. Ale za to gdy Słońce skrywa się za horyzontem, świecą jaśniej od gwiazd. Wenus obserwowana z Merkurego ma jasność do -7.7, podczas gdy Ziemia i Księżyc -5 i -1.2. Oznacza to, że nasz niepozorny satelita dla hipotetycznych merkurian tylko nieznacznie ustępowałby Syriuszowi - najjaśniejszej gwieździe naszego nieba.


Obserwacja czegokolwiek z powierzchni Wenus jest mocno utrudniona. Pomijam tutaj piekielne temperatury, żrące deszcze i miażdżące wszystko ciśnienie. Problemem są przede wszystkim gęste chmury, całkowicie zasłaniające niebo. Jeśli jednak wzniesiemy się w górne warstwy atmosfery, będziemy mogli oglądać najjaśniejszy z obiektów - układ podwójny Ziemia-Księżyc. Posiadając jasność -6.6 Błękitna Planeta świeci jaśniej niż Wenus na naszym niebie. Ziemia nie posiada co prawda odbijających większość światła gęstych chmur - ale za to z perspektywy wenusjan prawie zawsze jest w pełni, podczas gdy widziana z Ziemi Wenus prawie zawsze ma postać sierpa.


Fobos obiega Marsa po bardzo ciasnej orbicie - zaledwie 9000 kilometrów ponad powierzchnią Czerwonej Planety. Mars wypełnia prawie jedną czwartą nieboskłonu. Dla porównania - Ziemia widziana z Księżyca jest "zaledwie" cztery razy większa od Księżyca w pełni.


Widziane sponad chmur Jowisza księżyce galilejskie niestety nie porażają - najbliższa Io byłaby jedynie nieco większa od Księżyca, a położone dalej satelity widać byłoby tylko jako jaśniejsze punkty...


...co innego natomiast z powierzchni któregoś z nich. Na niebie najbliższego - Io - Jowisz jest 38 razy większy od naszego Księżyca. Można również obserwować cztery małe, wewnętrzne satelity gazowego olbrzyma, krążące w obrębie orbity Io.


I wisienka na szczycie dzisiejszego tortu - Saturn widziany z powierzchni Mimasa. Wbrew pozorom, większość księżyców Saturna to kiepskie miejsca do obserwacji pierścieni - potężna grawitacja gazowego olbrzyma "zmusza" satelity do orbitowania w płaszczyźnie pierścieni. W zamian za to, obserwator na skierowanej ku Saturnowi stronie Mimasa może podziwiać taniec pozostałych księżyców, wliczając w to cienie rzucane przez nie na szczytową warstwę chmur.

poniedziałek, 20 lipca 2015

piątek, 17 lipca 2015

Poza Horyzontem

Muszę przyznać, że pozytywnie się zaskoczyłem. Internet nie zawiódł, podobnie media, dzięki czemu New Horizons otrzymał na tyle dużo "czasu antenowego" żeby zaistnieć w powszechnej świadomości. Oby trend się utrzymał także i dla przyszłych misji.

My Ciebie też! <3
Gdy piszę te słowa sonda oddala się od Plutona. Czy oznacza to koniec przygody? W żadnym wypadku! Można powiedzieć, że odyseja małej, dzielnej maszynki jest dopiero na półmetku.

W 2011 roku NASA rozpoczęła poszukiwania obiektów pasa Kuipera, które mogłyby stać się następnymi celami New Horizons. Kryteria wyboru były ostre - obiekty musiały się znajdować na linii lotu sondy, a ewentualne korekty kursu ograniczał zapas znajdującego się na pokładzie paliwa. Dodatkowo, poszukiwano ciał niebieskich o określonych parametrach - średnicy powyżej 50 kilometrów, neutralnym kolorze oraz posiadających satelity.
Artystyczna wizja potencjalnego celu New Horizons
(źródło: NASA)
 Udało się znaleźć aż dwa potencjalne cele - 2014 MU69 i 2014 PN70. Pierwszy z nich ma średnicę 30-45 kilometrów i wymaga stosunkowo niewielkiej korekty kursu, co oznacza, że pozostaje więcej paliwa na wybór kierunku kolejnego celu. Drugi obiekt jest znacznie większy (35-120 kilometrów), ale dotarcie do niego byłoby dla sondy bardziej kosztowne. Ostateczna decyzja ma zostać podjęta w sierpniu, a sam przelot może mieć miejsce do 2020 roku.
2014 MU69 w obiektywie Teleskopu Hubble'a.
Fotografie wykonano w odstępach dziesięciuminutowych.
(źródło: NASA)
Czego możemy się spodziewać? Wszystko zależy od odległości, w której dojdzie do zbliżenia. Obiektyw LORRI jest małym cudem techniki, co pokazały pierwsze zdjęcia Plutona. Niestety, nawet on ma swoje ograniczenia - co widać opublikowanym wczoraj na zdjęciu Hydry - jednego z pomniejszych satelitów Plutona...
źródło: NASA
Pozostaje trzymać kciuki!

środa, 15 lipca 2015

Portret rodzinny: Pluton

Długa podróż New Horizons do układu Plutona dobiegła końca. Mała dzielna sonda przemknęła koło najdalszej planety najdłużej znanej planety karłowatej znajdującej się poza orbitą Neptuna i pomknęła dalej, w nieznane.

W chwili gdy piszę te słowa nie mamy jeszcze zdjęć z samego przelotu - warto jednak poświęcić chwilę na przypomnienie sobie, jak bardzo zmieniał się wizerunek Plutona w obiektywie New Horizons:





Dla porządku - to akurat Charon ;)



 Więcej fotografii do obejrzenia na stronie NASA.

wtorek, 14 lipca 2015

New Horizons w Kerbal Space Program

Astronom i youtuber Scott Manley postanowił odtworzyć sondę New Horizons w Kerbal Space Program. Jak wyszło? Zobaczcie sami:


Pozostaje nam tylko czekać na zdjęcia z prawdziwego przelotu! :)

poniedziałek, 13 lipca 2015

Pośród fal Krakena

Jak podaje należące do NASA Centrum Badawcze im. Johna Glenna, projekt Titan Submarine, zakładający posłanie na największy księżyc Saturna automatycznego statku badawczego, przeszedł do drugiej fazy prac koncepcyjnych. Oznacza to przyznanie zespołowi dodatkowych funduszy - oraz stanowi pierwszy krok na drodze do faktycznej realizacji tej idei.


Miejsce lądowania sondy Huygens
(źródło: NASA)
Tytan jest chyba najdziwniejszym z księżyców naszego układu. Pokryty gęstą atmosferą i oceanami węglowodorów, jest równocześnie obcy i stosunkowo podobny do Ziemi. Nie dziwi więc, że ponad dekadę temu stał się pierwszym obiektem odwiedzonym przez lądownik poza orbitą Marsa. Pójście za ciosem wydaje się być naturalną kontynuacją misji Huygensa.

Morza Tytana znacznie różnią się od ziemskich - przy temperaturze -179,5 stopnia Celsjusza, wypełnia je nie woda, lecz mieszanina węglowodorów. Zasilające je rzeki i strumienie żłobią powierzchnię księżyca, a wiatry układają nad ich brzegami piaszczyste wydmy. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ciśnienie, o prawie połowę większe niż na Ziemi. Zbudowanie urządzenia zdolnego do funkcjonowania w takich warunkach to wyzwanie pod praktycznie każdym względem - w żadnym wypadku jednak nie niemożliwe.

Celem Titan Submarine ma być Kraken Mare - największy zbiornik na powierzchni satelity. Rozciąga się on na powierzchni 400 000 kilometrów kwadratowych, pięciokrotnie większej od amerykańskiego jeziora Superior i porównywalnej z Morzem Kaspijskim. Wedle założeń, Titan Submarine ma przebyć w ciągu 90 dni dystans 2000 kilometrów - bijąc na głowę wszystkie do tej pory stworzone przez ludzkość łaziki.


Kraken Mare (źródło: NASA)
Sonda ma być zasilana przez radioizotopowy generator elektryczny - źródło z powodzeniem używane we wszystkich misjach w dalsze zakamarki układu słonecznego. Ciepło rozpadających się pierwiastków promieniotwórczych ma również utrzymywać odpowiednią temperaturę znajdujących się na pokładzie urządzeń - sonarów, kamer oraz próbników, badających skład morza i jego dna.

Pierwsza faza prac polegała na opracowaniu projektu statku; druga faza ma zająć się kwestią potrzebnych materiałów oraz ich zachowania w skrajnie niskich temperaturach. Problemem jest również kwestia komunikacji z Ziemią - silna antena mogłaby łatwo ulec uszkodzeniu, więc brane jest pod uwagę wykorzystanie tandemu orbiter-lądownik na wzór misji Cassini-Huygens.

Steven Oleson, szef zespołu, twierdzi że sonda mogłaby wylądować (wodować? węglowodować?) na Tytanie już za dwie, trzy dekady. Pozostaje nam tylko trzymać kciuki i liczyć, że nie podzieli ona losu innych ambitnych projektów, odłożonych ad acta z przyczyn finansowych - takich jak chociażby Jupiter Icy Moons Orbiter.
Refleks słoneczny w morzach Tytana (źródło: NASA)
Po więcej informacji zapraszam pod poniższe linki:

piątek, 10 lipca 2015

Marynarz czarnego oceanu

Cofnijmy się o równo pół wieku w przyszłość - do połowy lipca 1965 roku. Ludzkość stawia swoje pierwsze kroki w mrocznej pustce kosmosu. Praktycznie każdy kolejny lot ustanawia nowy rekord. Jedną z takich misji był pierwszy przelot w pobliżu Marsa, dokonany przez bezzałogową sondę Mariner 4.
Mariner 4 (źródło: NASA)
Mały i niepozorny (zaledwie 250 kilogramów - ponad osiem razy lżejszy od Mars Reconnaisance Orbiter), Mariner 4 jedynie przemknął w odległości niespełna 10 000 kilometrów od czerwonej planety, po czym pomknął z powrotem w przestrzeń międzyplanetarną. Przesłane przez niego zdjęcia i pomiary stały się fundamentem naszych późniejszych badań.
źródło: NASA
Czarno-białe, niewyraźne obrazy raz na zawsze zniszczyły wizję tętniącego życiem Marsa. Inteligentnych sąsiadów z czerwonej planety zastąpili przybysze z odleglejszych światów, przekształcając naszą wizję życia w kosmosie - a wraz z tym fantastykę naukową. Obcego, ale jednak podobnego do Ziemi Marsa z "Kronik Marsjańskich" Ray'a Bradbury'ego zastąpiło jałowe pustkowie "Marsjanina" Andy'ego Weira.

Porównując niewyraźne, czarno-białe zdjęcia Marinera z coraz bardziej szczegółowymi obrazami New Horizons widać kolosalny postęp, jakiego dokonaliśmy przez ostatnie pół wieku. W 1965 po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć położony poza orbitą Ziemi świat. W 2015 po raz pierwszy zobaczymy powierzchnię Plutona. Gdzie będziemy w lipcu 2065 roku?
Projekt Dedal - bezzałogowa sonda międzygwiezdna o napędzie atomowym (źródło: Wikimedia Commons)

czwartek, 9 lipca 2015

Wpis pierwszy

Witam wszystkich!

Założenie bloga to decyzja prosta i szybka. Trochę więcej wysiłku kosztuje ustawienie go tak, żeby dało się na niego patrzeć. Najwięcej trzeba włożyć w to, żeby było po co do niego zaglądać. Challenge accepted.

O czym będę tutaj pisał? Jak sama nazwa wskazuje, o gwiazdach. No, nie tylko o nich oczywiście - planety, sondy, statki kosmiczne, astronomowie i kosmonauci - wszystko to (i wiele więcej) powinno mieć swoje miejsce na kartach Dzienników Gwiazdowych.

Zaczerpnięty z kart Lema tytuł zobowiązuje do szerokiej perspektywy. Kosmos nie powinien być jedynie domeną wąskiego grona zapaleńców i specjalistów. Fantastyka, gry komputerowe i filmy również będą miały tu swoje miejsce.

A więc - zapraszam do lektury i komentowania! Aktualizacje planuję umieszczać regularnie, przynajmniej trzykrotnie; w poniedziałki, środy i piątki. Rzecz jasna, jeśli tylko znajdzie się więcej tematów (i czasu, by je opisać), częstotliwość może ulec zwiększeniu. :)

środa, 8 lipca 2015

Horyzont

Za niespełna tydzień sonda New Horizons przemknie poprzez układ Plutona. Stanie się tym samym pierwszym gościem tego lodowego świata od momentu jego odkrycia w 1930 roku.
Pluton w obiektywie instrumentu LORRI, 7 VII 2015 (źródło: NASA)
Niewyraźna, rdzawa tarcza wygląda niepozornie - zwłaszcza w zestawieniu ze świetlistymi plamami Ceres. Wątpię, by media masowe poświęciły władcy podziemi chociaż połowę tej nikłej uwagi, którą dały bogini żniw. A szkoda, gdyż obydwie te misje są podobnie przełomowe.
Pluton i Charon 1 VII 2015 (źródło: NASA)
I nie chodzi mi tu nawet o znaczenie stricte naukowe. Czy Pluton posiada atmosferę, z czego jest zbudowany, jakie sekrety skrywa jego powierzchnia - ta wiedza jest niewątpliwie bezcenna. Ale równie ważny wydaje mnie się aspekt historyczny.
Niebo Plutona w wizji L. Calçady (źródło: Wikimedia 
Pół wieku temu Sputnik zapoczątkował erę pionierskich wypraw. Pierwsza orbita Ziemi, pierwsze lądowanie na Księzycu, pierwsze lądowania na Wenus i Marsie, przelot Pioneerów i Voyagerów obok gazowych olbrzymów, zejście Huygensa w otchłań atmosfery Tytana, pościg Rosetty-Philae za kometą, wreszcie w tym roku Ceres i Pluton. Kończą się miejsca do "odwiedzenia" po raz pierwszy. Coś się kończy, coś zaczyna.
sonda New Horizons (źródło: NASA)
Co dokładnie? Czas pokaże.